Red Dead Redemption 2
Howdy partnerze. A więc jesteś z pokolenia, które wśród planowanych karier, między strażakiem a piłkarzem wymieniało z całą 9-letnią stanowczością kowboja? Wszystkie bale przebierańców ten sam styl? Kapelusz, chusta i pistolet na kapiszony w kaburze przy pasie? “Ulubiony western: tak.”? “Kto jest twoim bohaterem i dlaczego John Wayne”? To ruszaj z kopyta, bo Red Dead Redemption 2 nie zdoła cię zniechęcić, a jest grą obiektywnie wyśmienitą. W każdym innym przypadku: wstrzymaj swe konie! Jeśli nie lubisz wyzwań i to ma być twoje pierwsze rodeo, to ten tytuł może cię stratować.
Dobra, dosyć tych żartów suchych jak preria. RDR2 jest trudną grą. Nie koszmarem n00ba, ale poziom trudności jest dostrzegalnie powyżej przeciętnej – jak zresztą wszystkich gier Rockstara. Zręczność gra dużą rolę, sterowanie z trudem wchodzi tu w nawyk, liczba szczegółów – zarówno świata, jak i menu – jest tyleż imponująca, co przytłaczająca, fabuła i postaci raczej nie zapadają głęboko w pamięć (ku rozpaczy casuala), walka odbywa się głównie bronią palną, więc dobre, szybkie celowanie jest koniecznością, a misje mają tylko jeden dopuszczalny sposób ukończenia i bardziej przypominają interaktywne scenki video niż resztę gry w otwartym świecie na granicy sand-boxa.
RDR2 broni się pod pewnymi względami. Celowanie można uratować opcjonalnym wspomaganiem (co podczas gry przy pomocy kontrolera uważam za konieczność), a za podobne rozwiązania np. Control dostał od nas punkty na plus. Poza tym mapa zawiera znajomy system znaczników, które nie pozwolą się zgubić w gigantycznym świecie. Możemy też zapisywać grę – choć tylko poza misjami, więc te dalej miewają urok grzechotnika w bucie. I wreszcie koronne: misje można pomijać, o czym więcej poniżej. Ale to w zasadzie tyle ze wsparcia dla nowicjuszy albo okazjonalnych graczy.
Tak, jak Dziedzictwo Hogwartu sprawia wrażenie ogromnego świata, w którym niechybnie się pogubimy, a okazuje się grą przystępną nawet dla dzieci, tak RDR2 wrzuca nas w rozgrywkę która sprawia wrażenie prostej – ot, RPG stylu western – ale wypełniona została milionem niuansów. Liczne elementy gry sprawiają wrażenie, jakby pierwotnie miały odgrywać istotną rolę, ale zostały ograniczone na późniejszych etapach produkcji, bo przerosły nawet betatesterów. To tylko hipoteza, ale by wymienić kilka: bonusy z produktów spożywczych, rodzaje broni i naboi, regularne czyszczenie broni i konia, inne ubrania w rejonach ciepłych – inne w zimnych, rozbijanie obozu i ogólnie sen. Samouczek zwraca na to wszystko uwagę, ale tylko niektóre z tych punktów są faktycznie istotne. Wygląda, jakby wszystko to na dłuższą metę okazywało się zbyt upierdliwe i zostawiono te małe aktywności ledwie jako ornament i coś do roboty, żeby poprawić immersję. Mnogość tych ozdobników dodaje realizmu świata gry, ale u nowicjusza wywoła poczucie chaosu: czy jeśli zapomnę za każdym razem ręcznie wziąć strzelbę z juków konia, to rzeczywiście nie będę miał jej przy sobie? Czy mój koń padnie z głodu? Czy zgubiony w walce kapelusz jakoś wróci? Czy muszę umieć posługiwać się lassem? Gdzie jest moja lampa oliwna, jak ją włączyć, czy potrzebuje paliwa i czy podpali mi namiot? A skoro o rozpałkach mowa: czy rozpalę ognisko na deszczu? Czy papierosy pogorszą kaszel mojego bohatera? A alkohol i kokaina (sic!)? – Wszystko to pozwala poczuć się jak prawdziwy kowboj. Prawdziwy, zagubiony, zdezorientowany kowboj, który w końcu, zmęczony mnogością szczegółów może popełnić błąd grania samej tylko liniowej fabuły i wykonywania liniowych misji, bez poświęcenia czasu na zanurzenie się w piękny choć szorstki i nieokiełznany świat dzikiego zachodu.
Nic jednak nie odstrasza równie mocno jak sterowanie. Osoba, która wymyśliła, że do jazdy konno trzeba naciskać ciągle przycisk powinna odkupować nam kontrolery. Nie ma nawet opcji, żeby trzymać ten nieszczęsny guzik. Nie. Żeby utrzymać dobre tempo jazdy trzeba go rytmicznie ugniatać przez cały czas. A konno jeździmy tu bardzo dużo. Wszystkie przyciski kontrolera zostały wykorzystane, a niektóre nawet w konfiguracji, gdzie trzeba przytrzymać jeden, żeby kliknąć drugi i uzyskać pożądany efekt. Wybranie niektórych opcji grozi kontuzją palców od skomplikowanych układów przytrzymań kliknięć przy jednoczesnych ruchach joysticka. Słowo daję, że zmiana rodzaju strzelby w menu jest bardziej skomplikowana niż cały gameplay niektórych gier, a samo mapowanie przycisków też wydaje się dziwnie nieintuicyjne. Do tego stopnia, że pojawiły się skecze śmiejące się z tego aspektu RDR2. Istnieją gry, jak Black Desert Online i wiele innych sieciowych RPGów, w których interfejs przypomina kokpit samolotu (w tych stronach nazywamy je “koszmarami“). RDR2 nie ma tego problemu. Interfejs jest czytelny. Ale sterowanie rzeczywiście przekształca nasz biedny pad w tablicę rozdzielczą Boeinga.
I wreszcie: misje. Jest taka misja w innej grze Rockstara – GTA Vice City – znana jako “misja z helikopterem”. Jest słynna, bo była tak frustrująco trudna. Miała bardzo ograniczony czas na wykonanie i fatalne sterowanie w ramach misji oraz tylko jeden sposób przejścia. Nie udało się? Próbuj jeszcze raz. Podobny problem, choć w mniejszym nasileniu jest z misjami w RDR2.
I tutaj zwrot akcji: misje można pomijać. Nie udaje się 3 razy? Możesz zrezygnować i grać dalej. To jest bardzo duży plus, bo czasem będzie jedynym sposobem dla gracza, żeby ukończyć opowieść. Ale… Trudno o bardziej niesatysfakcjonujące rozwiązanie. Po prostu przyznaj się do klęski, nie poznasz szczegółów misji, ale graj sobie dalej. O ileż lepsza byłaby możliwość poprawy swoich statystyk lub wyposażenia i powrotu do misji celem ostatecznego wymierzenia sprawiedliwości (lub niesprawiedliwości – zależnie od misji)! Nawet przez uciążliwy grind. To levelowanie, które oferuje RDR2 natomiast jest właściwie pomijalne. Tak, trochę poprawiają komfort gry, tak, usprawniają poruszanie, celność. Ale jeśli nie naciśniesz odpowiedniego klawisza akurat w tym momencie, kiedy pojawi się na ekranie informacja, że to JUŻ!, to żaden nowy pistolet i lepsza kondycja nie pomoże. Zaczynasz zadanie od początku albo rezygnujesz z kawałka rozgrywki z podkulonym ogonem.
Czy zatem n00b lub casual może się dobrze bawić przy tym interaktywnym westernie? Tak, zdecydowanie. To jedna z gier dekady. Jedna z tych, które przedarły się do mainstreamu i ugruntowały gry jako poważną gałąź rozrywki. Rzecz pomnikowa, element kultury Zachodu, jak filmy z Clintem Eastwoodem albo Garym Cooperem, który w Polsce stał się nawet jednym z symboli “Solidarności” – warto znać i już. A co ważniejsze – daje dużo dobrej zabawy… O ile poświęcimy proporcjonalnie dużo czasu na jej naukę i mamy go dość też na samą rozgrywkę. Jeśli natomiast ma to być Twoja pierwsza duża gra, a szczególnie pierwsza na konsoli przy użyciu kontrolera, jeśli nie masz 120 godzin do poświęcenia, z czego pierwszych 20 wymaga dużo cierpliwości, a Dziki Zachód nigdy nie był Twoim nomen omen – konikiem, to – z ciężkim sercem – odradzam.
Ocena Izzy Mode dla gry Red Dead Redemption 2
Casual score: w jakim stopniu gra jest odpowiednia dla casual players – graczy okazjonalnych, którzy czasem lubią wyzwania, ale generalnie chcą sobie popykać raz w tygodniu przez parę godzin bez stresu i dla samej radości grania. Im wyższy wynik, tym bardziej tytuł jest przyjazny dla okazjonalnych graczy.
n00b-o-meter: w jakim stopniu gra jest odpowiednia dla n00b’ów – nowych graczy, których gamingowa kariera zaczęła się i skończyła na Candy Crush, Tetris albo grach przeglądarkowych lub wręcz nigdy nie grali w żadną grę, a chcieliby zacząć. Im wyższy wynik, tym bardziej tytuł jest przyjazny dla początkujących graczy.
Poziom trudności: między Izzy Mode, Normalnym, Trudnym a Koszmarem – jak ogólny poziom trudności tej gry zostałby określony w skali znanej z gier?











