It takes two
W czasach, kiedy niemal każda większa gra ma jakąś formę multiplayera online, ale gry, w które można zagrać we dwójkę – nie mówiąc o większej liczbie graczy! – na kanapie offline (couch co-op) zdają się gatunkiem zagrożonym wyginięciem, każdy tytuł, który oferuje taki tryb jest na wagę złota. Szczególnie dla graczy nowych, którzy w couch co-op’ach mogą liczyć na wsparcie bardziej doświadczonego towarzysza oraz dla graczy okazjonalnych, casuali, którzy nie chcą zniknąć w swoim lochu w sobotę skoro świt i wyłonić się zeń dopiero o niedzielnym zmierzchu, po nabiciu wszystkich możliwych achievementów, a zamiast tego chcą spędzić przyjemnie wieczór w towarzystwie – przy filmie lub przy grze.
Jeżeli gra jest nastawiona na taką towarzyską rozgrywkę tak bardzo, że ma ją w tytule, to mamy przepis na casualowy sukces, prawda?
Nie.
It takes two to
1. trójwymiarowa,
2. platformowa,
3. zręcznościowa
4. łamigłówka
i każda z tych cech powinna u casuala i n00ba zapalać czerwone lampki, a cztery czerwone lampki, to już, proszę Państwa, naprawdę bardzo mocny czerwony promień światła.
Gra ma niezłą grafikę, przyjemnie kreskówkową, trochę może zbyt Toy Story, ale fabuła usprawiedliwia taką estetykę. Historia jest w porządku: trochę magii, trochę rodzinnej dramy, żeby można się było identyfikować z postaciami. Może – wbrew kreskówkowym pozorom – nie nadaje się do grania z niektórymi dziećmi (choć też bym tej fabuły nie demonizował, jak niektóre recenzje – ot, kwestia indywidualna). Ale rozgrywka…
It takes two jest sztandarowym przykładem problemu gamingu couch co-op. Twórcy takich gier mają błędną wizję swojego rynkowego targetu. Wyobrażają sobie graczy jako uczestników domówki, którzy jednocześnie mają refleks ninja (Overcooked), jako rodziców z dziećmi o cierpliwości świętego (Rayman Legends) czy pary z dystansem do współzawodnictwa godnym mnicha buddyjskiego (Mario Kart). Te przymioty ciała i ducha rzeczywiście są konieczne, żeby dobrze bawić się większością współczesnych gier couch co-op, ale jeśli je masz, to pewnie nie jesteś casualem, bo dosłownie żadna gra Ci niestraszna, a mozolne wypracowywanie levelu za levelem brzmi jak świetny pomysł na każdą wolną chwilę.
It takes two łączy wszystkie te wady, pakuje je w pozory przystępności, pompowane jeszcze entuzjastycznymi recenzjami i… psuje krew całej rodzinie w sobotnie popołudnie. Nie wierzcie recenzentom – oni grają całe dnie, mają wyrobione nawyki, mają zręczność, a nawet jeśli nie, to mają 8 godzin dziennie na powtarzanie planszy i współpracowników o podobnych cechach, z którymi wspólnie przejdą It takes two w pół dniówki. Żaden casual tego nie dokona i mało który dotrwa do końca rozgrywki.
Ocena Izzy Mode dla gry It takes two
Casual score: w jakim stopniu gra jest odpowiednia dla casual players – graczy okazjonalnych, którzy czasem lubią wyzwania, ale generalnie chcą sobie popykać raz w tygodniu przez parę godzin bez stresu i dla samej radości grania. Im wyższy wynik, tym bardziej tytuł jest przyjazny dla okazjonalnych graczy.
n00b-o-meter: w jakim stopniu gra jest odpowiednia dla n00b’ów – nowych graczy, których gamingowa kariera zaczęła się i skończyła na Candy Crush, Tetris albo grach przeglądarkowych lub wręcz nigdy nie grali w żadną grę, a chcieliby zacząć. Im wyższy wynik, tym bardziej tytuł jest przyjazny dla początkujących graczy.
Poziom trudności: między Izzy Mode, Normalnym, Trudnym a Koszmarem – jak ogólny poziom trudności tej gry zostałby określony w skali znanej z gier?





